Rafaela spotkałem, kiedy siedział z pieskiem przed swoim domem – malutkim, wbudowanym dosłownie w skałę, przy samym oceanie.
Dom był pokryty malowidłami od góry do dołu, pełno zdobień, kolorów, figurek… Stałem chwilę i z odległości, jak na następnym zdjęciu, próbowałem jakoś ogarnąć w głowie to, na co patrzyłem.
Dotarłem tutaj, bo miałem taki plan, żeby odwiedzać małe, urokliwe wioski nabrzeżne, a ta leżała najbliżej Santa Cruz, w okolicach którego akurat mieszkałem. Pierwsza na liście i od razu coś takiego?!
Rafael mówił tylko po hiszpańsku, więc wyjąłem telefon i sztuczna inteligencja została naszym tłumaczem.
Pytałem Rafaela o te malowidła i zaczął o nich opowiadać, pokazując zdjęcia. Mówił, że malował tu wszystko z radości swojego serca – robił to, co czuł, że jest dobre. Na zdjęciach widać było, że pomalowany był nie tylko dom – malowidła pokrywały wielki obszar, setki serc, całą okolicę.
Ten jeden człowiek, w małej wiosce, której wcześniej nikt nie znał, przyciągnął, jak się okazuje, tysiące ludzi. Może setki tysięcy – zrobiłem później research na Google i widać, że to była wielka atrakcja całej wyspy.
A potem opowiedział, że nocą przyszło cztery albo pięć osób, pomalowało wszystko na szaro i zostawiło zniszczone. To, co zostało, przerobił tak jak było kiedyś.
Chcę tu nadmienić, że nawet używanie AI w takiej sytuacji jak ta to nie jest jeszcze poziom Star Treka, więc nie chcąc czegoś źle zinterpretować, wklejam tutaj zdania Rafaela dosłownie:
„Czas minął i nie popełniajmy tego samego błędu, nie z tymi ludźmi, nie z tą złością – idźmy z sercem.”
„Dlaczego brudzą rzeczy, które są najpiękniejsze – czy po to, żeby mieć więcej, czy żeby być odważniejszym? Ja nie jestem odważny. Jestem zwykłą osobą i chcę żyć spokojnie.”
To było takie dziwne uczucie! Siedziałem obok człowieka, który stworzył coś, czego sukces w pewnym sensie to zniszczył. Gdyby namalował te serca i nikt by ich nie zauważył – pewnie byłyby tam do dziś.
Było w tych malowidłach coś, co nosiło w sobie ich własny koniec. Im bardziej się podobały, tym pewniej zmierzały do zamalowania.
Wracając wstąpiłem do małego baru po wodę. Ale okazało się, że nie można płacić kartą. Postanowiłem więc zapytać panią za ladą o Rafaela i opowiedziała – że przyszła nadbrzeżna policja i zamalowała, że przychodziło tu tyle osób, że wioska po prostu nie dawała rady. Powiedziała niejednoznacznie, że teraz jest cichutko – czy to jest okej, czy nie, sama nie wie. Powiedziała, że to kosztowało. Kosztowało serca.
I nie wiem, czy miała na myśli te setki serc zamalowanych na szaro, czy serce Rafaela, czy innych ludzi. Chyba wszystkie naraz.
Kiedy wychodziłem, dostałem wodę za free. Powiedziała zwyczajnie, że mam sobie wziąć.