Przy okazji poprzedniego spotkania pisałem o przypadkowości z perspektywy kosmicznej.
Tym razem skala jest zdecydowanie skromniejsza. Lokalna, można by powiedzieć nawet, że parafialna.
I przez to jakoś znowu kosmicznie nieprawdopodobna.
Tego dnia szukałem spokoju i schronienia przed wiatrem. Wyspa była słoneczna,
ale wiatr robił swoje i na całym brzegu po prostu nie dało się wytrzymać.
Znalazłem na google maps plażę osłoniętą skałą z odpowiedniej strony, dotarłem tam, rozłożyłem się – i przez może trzy minuty czułem ten spokój. Potem zobaczyłem w oddali ten dziwny budynek…
Wygrywanie z wiatrem nie było jakoś specjalnie trudne, ze swoją ciekawością nie wygrywam tak łatwo. Kiedy nieuchronnie zacząłem iść w jego stronę, zrozumiałem, że to kościół i że jest w stanie trwale nieukończonym. Dodatkowo, im bliżej podchodziłem tym głośniej zacząłem słyszeć muzykę wydobywającą się z niego – nie była to muzyka sakralna.
Wszedłem do środka. I tu szok! Ktoś malował po ścianach.

Wychowałem się w kraju, w którym katolicyzm jest czymś w rodzaju powietrza – jest wszędzie, wchłaniasz go bez wysiłku. I właśnie dlatego to, na co trafiłem, wydało mi się wysoce nieprawdopodobne. Może nawet kosmicznie nieprawdopodobne.
Tak poznałem Luki. Twarzy nie mogę pokazać ze względu na okoliczności, więc jedyne co mam to tajemniczo odwrócony portret.
Ale liczy się.
W kościele była z nami jeszcze jedna osoba. O niej obiecałem nic nie powiedzieć.
